Zaznacz stronę

Przeglądając czeluście internetu w poszukiwaniu pracy natknąłem się na ofertę pewniej firmy z Warszawy. Wydawała się dość interesująca, jeśli chodzi o warunki pracy. „Młoda, prężnie rozwijająca się firma z branży dziecięcej szuka przedstawiciela handlowego na terenie wielkopolski” – tak brzmiał slogan zachęcający do zapoznania się z ofertą firmy. Skusiłem się, a co  mi tam. Pomimo, że jestem facetem, słabo znam się na modzie,a już tym bardziej na dziecięcej, zaryzykowałem. Oferowali własny samochód służbowy, telefon oraz wynagrodzenie powyżej 2 tysięcy netto plus wynagrodzenie uznaniowe w zależności od uzyskanego wyniku sprzedaży. Warunki już znam, czas przyjrzeć się samej firmie, czy nie jest to aby jakiś przekręt.

Włączyłem Google, wpisałem nazwę firmy… udało się, na szczęście mają własną stronę internetową i to nie byle jaką. Widać graficy przyłożyli się do swojej pracy – ładne logo ze sloganem „odzież dziecięca”, delikatnie wkomponowane „promocje dnia” na ubranka dla niemowląt. Przeglądając dalej odzież dla dzieci znalazłem całkiem fajne ubranka i w przyszłości może skorzystam z ich oferty, ponieważ w chwili obecnej nie „dorobiłem” się jeszcze potomka. Ale wróćmy do tego w jakim celu tu trafiłem. Firma zrobiła na mnie dobre wrażenie, więc wysyłam swoje CV i list motywacyjny. Teraz czeka mnie moment oczekiwania na odpowiedź z
ich strony. Po 2 tygodniach oczekiwania zadzwoniła do mnie pani z HR i zaprosiła na rozmowę w siedzibie firmy w Warszawie. Czekała mnie zatem wyprawa do stolicy i miałem nadzieję, że nie na marne. Koszt przejazdu w obie strony nie należał do najniższych i niestety trzeba było stracić cały dzień na taką wyprawę. Jak to się mówi nie ryzykujesz nic nie masz więc pojechałem.  Zastanawiacie się pewnie jaki wynik tej wyprawy? Otóż nie jestem już bezrobotny. Ba nawet szybko awansowałem i jestem dyrektorem regionalnym tejże firmy.